Dla osób żyjących z medycyny alternatywnej państwowe certyfikaty mogłyby stać się siłą napędową biznesów. Dotąd bowiem opierali się głównie na idealnych do powieszenia w gabinecie dyplomach wydawanych przez mniej lub bardziej znane instytuty (pseudo)naukowe.
Szkodliwi pseudomedycy
Główny problem z rozdawaniem certyfikatów nie polega jednak na tym, czy je w ogóle wprowadzać. Chodzi raczej o to, że decydując się na takie rozwiązanie, zaczniemy dzielić bioterapeutów na „dobrych” (czyli uzdrowicieli) i „złych” (czyli szarlatanów). Tymczasem większość niekonwencjonalnych metod jest nieweryfikowalna.
Rozmaite formy medycyny niekonwencjonalnej są źródłem dochodów setek tysięcy ludzi na świecie, ale nigdy nie udało się dowieść w kontrolowanych warunkach ist-nienia zjawisk, na które powołują się bioenergoterapeuci – w tym samej bioenergii.
Wydawanie przez ministerstwo certyfikatów to w istocie mieszanie się aparatu państwowego do świata prywatnych wierzeń i nadawanie formalnej rangi czyimś przekonaniom bez poddania ich jakiejkowiek obiektywnej weryfikacji.
Co gorsza, nie wyeliminuje to z rynku tych najgroźniejszych pseudomedyków, którzy niejednokrotnie namawiają zdesperowanych ludzi do porzucenia zalecanych przez lekarzy naukowych metod leczenia. Tadeusz Z. z Piwnicznej mówi wprost swoim chorym na raka „pacjentom”, by ograniczyli się jedynie do przykładania w miejscu, gdzie jest nowotwór, woreczków wypełnionych jonizującą hubą brzozową (do kupienia u niego na miejscu, 300 złotych za kurację). W całym kraju wciąż popularni są przybysze z Dalekiego Wschodu leczący preparatami z węży czy żółwi, a także wyjątkowo groźnymi dla zdrowia pochodnymi amfetaminy.
Sposób na bezradność
Zdaniem psycholog doktor Joanny Heidtman popularność medycyny niekonwencjonalnej to znak czasu. – Medycyna klasyczna jest już bowiem tak wysoko wyspecjalizowana, że poszczególni lekarze często nie widzą w pacjencie człowieka, a jedynie złamaną rękę czy chory kręgosłup.
Pan Adam z Rzeszowa przyznaje, że choć całe życie nie wierzył w „szarlatanerię”, gdy jego córka zachorowała na ziarnicę, chwytał się każdej deski ratunku: – Organizm nie zawsze reagował na kolejne dawki chemioterapii, jeździliśmy więc równocześnie po zielarzach, bioenergoterapeutach i uzdrowicielach. Warunek postawiony także przez lekarzy był tylko jeden: nie rezygnujemy z tradycyjnego leczenia onkologicznego. Nie wiem, czy wierzyłem, że się uda, na pewno chciałem wierzyć. I nawet teraz, kilka miesięcy po śmierci Ani, choć wiem, że skutek tych wojaży był żaden, mam poczucie, że zrobiliśmy wszystko.
Dlatego gabinety medycyny niekonwencjonalnej nie znikną. Pozostaje pytanie o kryteria, według których będą przyznawane certyfikaty. By skutecznie oddzielić pana leczącego hubą raka od bioterapeutów, którzy zapewniają, że nie leczą, a jedynie wspomagają i każdego klienta wysyłają do zwykłego lekarza.
lokaty